Na nowy komiks Marzeny Sowy oczekiwałem dość intensywnie. Po pierwsze dlatego, że ciekawiło mnie, czy po trzech tomach Marzi, autorka zmieni sposób opowiadania. Po drugie spore wrażenie zrobiła na mnie okładka albumu i przykładowe plansze. I o ile grafika w komiksie okazała się dla mnie małym rozczarowaniem w stosunku do tego, co zobaczyłem w zapowiedziach (chyba zbytnio nakręciłem się na jakiś rysunkowy wymiatacz; albo wydawca udanie wybrał do promocji to, co najlepsze:)), to scenariuszowo Dzieci i ludzie są fajnym krokiem autorki w głąb komiksowego scenariopisarstwa.
Marzena Sowa nadal nie wykorzystuje wielu możliwości, jakie daje język komiksu; podobnie jak w Marzi daje się wyczuć podział między warstwą tekstową, a graficzną (choć zdecydowanie słabszy), sposób opowiadania jest mniej dokumentalny, mniejszy nacisk położony został na narrację. Może samo w sobie nie czyni to komiksu lepszym, ale jest wyraźnym znakiem, że polska scenarzystka potrafi inaczej i jeśli włączy do swego naturalnego repertuaru kolejne komiksowe sztuczki, jeszcze nie raz może zaskoczyć czytelnika.
Sam komiks świetnie ukazuje absurdy socjalistycznej rzeczywistości i kontrastuje ją z naturalnym, pełnym szczerości światem dziecka, który nie daje obudować się sztucznymi regułami. Zabawne, że u dzieci często w przedstwionych lub podobnych sytuacjach pojawia się naturalny sprzeciw wobec głupoty czy wynaturzenia, którego zazwyczaj brak u dorosłych.
Rysunki (mimo zaznaczonego wcześniej elementu rozczarowania) prezentują się ciekawie i równie wyraziście budują klimat tamtych czasów. Dla mnie trafiona jest kolorystyka - pełna paleta barw, ale przytłumiona, ograniczona jakimś filtrem, spokojniejsza... ówczesną rzeczywistość odbieram podobnie i nie wynikały z tego faktu jedynie minusy.
Fantastyczne zakończenie albumu, emanujące emocjami i sporą dawką uczuciowości, może być wystawione na zarzut tkliwości. Może, ale podane w sposób, jaki proponuje nam Marzena Sowa, znakomicie broni się przed taką krytyką, pozostawiając delikatny wyraz prawdziwej kobiecej wrażliwości.
czwartek, 7 lutego 2013
piątek, 25 stycznia 2013
BURHAR i LIMEON - szkice
Na blogu KOMIKSY DLA DZIECI fruwają od czasu do czasu kolejne odcinki Burhara i Limeona. Komiks ukazywał się kilka lat temu w czasopiśmie Hop i Siup. Poniżej prezentuję szkice głównych oraz drugoplanowych postaci - niektóre z nich nie miały dotychczas okazji wystąpić w narysowanych odcinkach. Może kiedyś... liczę, że będzie jeszcze okazja wrócić z tym komiksem na jakieś dziecięce łamy.
czwartek, 10 stycznia 2013
TADAM!
Przedwczoraj pojawił się w mieście nowy superbohater! Trzeba zapiąć pasy i przygotować na moc niesamowitych przygód - bo to zdecydowanie dzieło mojego dotychczasowego życia :)
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Z życia Echomana
Z życia Echomana - chyba właśnie taki tytuł nosił cykl, tworzonych przeze mnie satyrycznych rysunków, publikowanych jeszcze w latach 90-tych w lokalnej prasie. Pomysł na tego posta zrodził się w momencie, gdy wśród innych modelinowych ludzików (które prezentowałem TUTAJ), odnalazłem również figurkę Echomana. To dobra okazja, żeby napisać kilka słów o tej historii z przeszłości, która była ważnym etapem na mojej komiksowej drodze.
Do gazety trafiłem przez remiks różnych przedziwnych "przypadków", rozmów, decyzji i w pewien zimowy wieczór zostałem umówiony na rozmowę z redaktorem naczelnym tygodnika Echo Tomaszowa. Miałem wtedy 16 lub 17 lat i była to moja pierwsza zarobkowa robota (pomijam rysunek za kasę, wykonany na zlecenie kolegi z podstawówki, sprzedawanie butelek na skupie oraz kilka dniówek w pracy taty, gdzie próbowałem swych sił jako kasjer w hurtowni materiałów budowlanych - strasznie stresujące było wystawianie faktur, kiedy trzeba było poprawnie usłyszeć i wpisać dane osobowe kupującego). Tygodnik wydawany był przez właściciela lokalnej telewizji, stał dość dobrze na rynku, miał plany rozwoju i kolorową okładkę. Pamiętam, że było to dla mnie duże przeżycie, tata podwiózł mnie na spotkanie polonezem i zabrałem ze sobą teczkę rysunków, które nijak miały się do pracy, jaką mi zaproponowano.
Przez niemal trzy lata co tydzień robiłem rysunek, komentujący rzeczywistość - czasami lokalną, czasami jakieś ważne wydarzenia krajowe lub globalne. Robiłem rysunek, a właściwie trzy całkiem inne - tak, aby redaktor miał w czym wybierać. Dla mnie jako licealisty była to niezła szkoła życia/pracy, szczególnie w czasach, gdy internet kojarzył mi się z niczym lub co najwyżej z kilkoma zbędnymi stronami w internetowej kafejce. A o telefonach komórkowych słyszałem tylko wówczas, gdy rodzice opowiadali o znajomym biznesmenie, wracającym do kraju po kilku latach pracy za oceanem. Nieraz więc musiałem kilka razy dziennie biegać do siedziby redakcji, by zastać szefa i przedstawić swoje pomysły lub spędzać godziny na oczekiwaniu jego osoby. Wówczas bywało, że jako gnojek byłem poniewierany argumentami starszych (lub dużo starszych) publicystów i felietonistów - niekiedy słusznie, niekiedy mieli się na kim wyżyć. Ale trafiła się również pierwsza w życiu rozgrywka sieciowa w Duke Nukem, gdy późnym wieczorem grafik składający gazetę wykorzystał obecność młokosów mocno zainteresowanych takim tematem i zaprosił mnie i moich kumpli (których wciągnąłem do gazety, ale to inna bajka) do rozgrywki na kilku redakcyjnych kompach. Było to przeżycie niemal na miarę mojej pierwszej PC-towej gry na Atari - Sky & ... (nie pamiętam jak to się zwało... gdyby ktoś miał jakiś na tytuł gry, w której łaziło się ludzikiem - oczywiście strasznie pikselowym - po wyspie i zbierało części chyba jakiejś rakiety czy działa; lub info gdzie coś takiego można wyszperać w sieci, mile widziany komentarz).
Czasami rysunki były dobre i trafne, czasami otrzymywałem odpowiedź, że któryś z podjętych tematów jest ok, ale źle rozegrany - musiałem więc wracać do domu i zamiast kuć na sprawdzian z biologii wymyślać nowy rysunek do gazety. Co uważam wyszło mi na dobre. Jeśli czas naglił, siedziałem z tym wymyślaniem w redakcji, i był to czynnik niezbyt sprzyjający (szczególnie bardzo miłe Panie, ciągle zaglądające przez ramię z hasłem "o jak Ty ładnie rysujesz").
Oprócz kolosalnego jak na tamte młode czasy doświadczenia (różnorodnego), każdy miesiąc pracy przynosił przyzwoite pieniądze. Nie było kłopotów z wypłatą, a w pewien październikowy weekend udało mi się wziąć zaliczkę na poczet przyszłego miesiąca. Czemu październikowy spytacie? No nie pytajcie, przecież wiecie, na co każdemu porządnemu komiksiarzowi potrzebne są pieniądze w pierwszy weekend października*.
Niestety nie mam przy sobie żadnego rysunku z Echomanem (przeprowadzki robią swoje; w tym momencie powinny znajdować się gdzieś u moich rodziców) - dlatego na szybko sporządziłem wersję 2012. Może będzie okazja zaprezentować kilka z nich innym razem.
* wyjaśnienie dla niekomiksiarzy: w każdy pierwszy weekend października (bodajże od 1991 roku) odbywa się w Łodzi największy w Polsce festiwal komiksu, na którym pojawia się masa komiksowych nowości wydawniczych. W opisywanych czasach dla chłopaka mieszkającego w niezbyt dużym mieście, była to jedna z nielicznych okazji by zrobić takie komiksowe zakupy. No, może poza wagarowymi wypadami PKP do Łodzi do komiksowej księgarni na Piotrkowskiej... Tato, już wiesz :)))
Do gazety trafiłem przez remiks różnych przedziwnych "przypadków", rozmów, decyzji i w pewien zimowy wieczór zostałem umówiony na rozmowę z redaktorem naczelnym tygodnika Echo Tomaszowa. Miałem wtedy 16 lub 17 lat i była to moja pierwsza zarobkowa robota (pomijam rysunek za kasę, wykonany na zlecenie kolegi z podstawówki, sprzedawanie butelek na skupie oraz kilka dniówek w pracy taty, gdzie próbowałem swych sił jako kasjer w hurtowni materiałów budowlanych - strasznie stresujące było wystawianie faktur, kiedy trzeba było poprawnie usłyszeć i wpisać dane osobowe kupującego). Tygodnik wydawany był przez właściciela lokalnej telewizji, stał dość dobrze na rynku, miał plany rozwoju i kolorową okładkę. Pamiętam, że było to dla mnie duże przeżycie, tata podwiózł mnie na spotkanie polonezem i zabrałem ze sobą teczkę rysunków, które nijak miały się do pracy, jaką mi zaproponowano.
Przez niemal trzy lata co tydzień robiłem rysunek, komentujący rzeczywistość - czasami lokalną, czasami jakieś ważne wydarzenia krajowe lub globalne. Robiłem rysunek, a właściwie trzy całkiem inne - tak, aby redaktor miał w czym wybierać. Dla mnie jako licealisty była to niezła szkoła życia/pracy, szczególnie w czasach, gdy internet kojarzył mi się z niczym lub co najwyżej z kilkoma zbędnymi stronami w internetowej kafejce. A o telefonach komórkowych słyszałem tylko wówczas, gdy rodzice opowiadali o znajomym biznesmenie, wracającym do kraju po kilku latach pracy za oceanem. Nieraz więc musiałem kilka razy dziennie biegać do siedziby redakcji, by zastać szefa i przedstawić swoje pomysły lub spędzać godziny na oczekiwaniu jego osoby. Wówczas bywało, że jako gnojek byłem poniewierany argumentami starszych (lub dużo starszych) publicystów i felietonistów - niekiedy słusznie, niekiedy mieli się na kim wyżyć. Ale trafiła się również pierwsza w życiu rozgrywka sieciowa w Duke Nukem, gdy późnym wieczorem grafik składający gazetę wykorzystał obecność młokosów mocno zainteresowanych takim tematem i zaprosił mnie i moich kumpli (których wciągnąłem do gazety, ale to inna bajka) do rozgrywki na kilku redakcyjnych kompach. Było to przeżycie niemal na miarę mojej pierwszej PC-towej gry na Atari - Sky & ... (nie pamiętam jak to się zwało... gdyby ktoś miał jakiś na tytuł gry, w której łaziło się ludzikiem - oczywiście strasznie pikselowym - po wyspie i zbierało części chyba jakiejś rakiety czy działa; lub info gdzie coś takiego można wyszperać w sieci, mile widziany komentarz).
Czasami rysunki były dobre i trafne, czasami otrzymywałem odpowiedź, że któryś z podjętych tematów jest ok, ale źle rozegrany - musiałem więc wracać do domu i zamiast kuć na sprawdzian z biologii wymyślać nowy rysunek do gazety. Co uważam wyszło mi na dobre. Jeśli czas naglił, siedziałem z tym wymyślaniem w redakcji, i był to czynnik niezbyt sprzyjający (szczególnie bardzo miłe Panie, ciągle zaglądające przez ramię z hasłem "o jak Ty ładnie rysujesz").
Oprócz kolosalnego jak na tamte młode czasy doświadczenia (różnorodnego), każdy miesiąc pracy przynosił przyzwoite pieniądze. Nie było kłopotów z wypłatą, a w pewien październikowy weekend udało mi się wziąć zaliczkę na poczet przyszłego miesiąca. Czemu październikowy spytacie? No nie pytajcie, przecież wiecie, na co każdemu porządnemu komiksiarzowi potrzebne są pieniądze w pierwszy weekend października*.
Niestety nie mam przy sobie żadnego rysunku z Echomanem (przeprowadzki robią swoje; w tym momencie powinny znajdować się gdzieś u moich rodziców) - dlatego na szybko sporządziłem wersję 2012. Może będzie okazja zaprezentować kilka z nich innym razem.
* wyjaśnienie dla niekomiksiarzy: w każdy pierwszy weekend października (bodajże od 1991 roku) odbywa się w Łodzi największy w Polsce festiwal komiksu, na którym pojawia się masa komiksowych nowości wydawniczych. W opisywanych czasach dla chłopaka mieszkającego w niezbyt dużym mieście, była to jedna z nielicznych okazji by zrobić takie komiksowe zakupy. No, może poza wagarowymi wypadami PKP do Łodzi do komiksowej księgarni na Piotrkowskiej... Tato, już wiesz :)))
środa, 2 stycznia 2013
Moje Allegro - RELOAD
Ponownie wystawiam na Allegro część moich zbiorów - w kolejnych dniach będę dorzucał po kilkanaście/kilkadziesiąt pozycji. Zapraszam TUTAJ
TOP 10 2012 - prolog
Minął rok i przyszedł czas wszelkich podsumowań. Dlatego niebawem postaram się zaprezentować zestawienie dziesięciu najlepszych komiksów ubiegłego roku, z jakimi miałem do czynienia. Tymczasem wspominam o jednym komiksie, który do tego zestawienia na pewno nie trafi - HABIBI. Powód takiego stanu rzeczy jest prosty: dotychczas znalazłem jedynie czas na przekartkowanie i pobierzne obejrzenie graficznej strony komiksu. Przypuszczam jednak, że to jedyna przyczyna absencji w moim TOP 10. Jeśli scenariusz jest choć w połowie tak dobry jak rysunki, lub zbliża się poziomem do wcześniejszych dokonań Craiga Thompsona, z czystym sumieniem mogę polecać Habibi każdemu.
Autor zadbał o najmniejszy graficzny szczegół, nie tylko komiksowych plansz, ale również całej edytorskiej szaty. Polski wydawca (Timof) stanął na wysokości zadania i równie skrupulatnie dopatrzył wszystkich niuansów wydania, podając do rąk fantastycznie prezentujący się album.
No i teraz muszę tylko znaleźć wolne kilka godzin, żeby nie kroić lektury na niemiłosierną ilość podejść.
Autor zadbał o najmniejszy graficzny szczegół, nie tylko komiksowych plansz, ale również całej edytorskiej szaty. Polski wydawca (Timof) stanął na wysokości zadania i równie skrupulatnie dopatrzył wszystkich niuansów wydania, podając do rąk fantastycznie prezentujący się album.
No i teraz muszę tylko znaleźć wolne kilka godzin, żeby nie kroić lektury na niemiłosierną ilość podejść.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
BULGOT
Rysunek jednej z drugo-(a może i trzecio)-planowych postaci WORLD OF AGHART. Powoli coś się rusza w tym projekcie, ale niestety bardzo powoli. Zobaczymy, co przyniesie 2013...
sobota, 29 grudnia 2012
Wielka Kolekcja... tom 5 - Birth of Venom
Znamy już zawartość piątego tomu kolekcji Hachette - będzie identycznie jak w oryginalnej angielskiej kolekcji: Spider-Man: Birth of Venom. Swoją drogą szkoda, że wydawnictwo nadal nie ujawniło pełnej listy tytułów i ich kolejności. Widać, że nadal nie zdaje sobie sprawy, jak wymagającym/kapryśnym klientem jest część potencjalnych prenumeratorów i ilu stałych czytelników może stracić przez takie podejście.
Postanowiłem napisać kilka słów o tym tomie, bo sam dałem zapędzić się okładce w proste skojarzenia. Okładce i nazwiskom z okładki. Frontowy rysunek wykonany jest przez Todda McFarlane'a, ale album zbiera oryginalne zeszyty The Amazing Spider-Man nr 252, 256, 257, 258, 259, 300 oraz Web of Spider-Man nr 1, z czego tylko TASM nr 300 stworzony jest przez duet Michelinie & McFarlane.
Historia ta zapełnia więc tylko 40 stron z niemal 200-stronicowej cegły, a polscy czytelnicy znają ją już z zeszytowego wydania TM-Semic. Nie jest to jednak numer 1/1992 z identyczną grafiką jak na okładce WKKM 5:
Polski The Amazing-Spider-Man 1/992, wydany przez TM-Semic zawiera opowieść z oryginalnych numerów 315 i 316, zresztą bardzo zgrabną i prezentującą coraz bardziej rozhulaną kreskę Todda McFarlane'a. Natomiast historia, którą zaprezentuje w styczniu Hachette zagościła w tm-semicowskim numerze 4/1991 z właściwą dla tego numeru okładką:
Szkoda, że nie będzie okazji poczytać historii Michelinie i McFarlanea. A już ucieszyłem się taką sposobnością, z nadzieją na jakąś pełniejszą prezentację niż za czasów TM-Semic (krojenie było wówczas swego rodzaju regułą - choć przyzanć dziś trzeba, że krojenie na miarę). Szkoda tym bardziej, że wprowadzani jesteśmy w błąd przez okładkę. Plusem całego zajścia jest fakt, że większość zaprezentowanego w piątym tomie WKKM materiału będzie premierą w naszym kraju. Przynajmniej z tego, co pamiętam - komentarze w tej sprawie mile widziane :)
Postanowiłem napisać kilka słów o tym tomie, bo sam dałem zapędzić się okładce w proste skojarzenia. Okładce i nazwiskom z okładki. Frontowy rysunek wykonany jest przez Todda McFarlane'a, ale album zbiera oryginalne zeszyty The Amazing Spider-Man nr 252, 256, 257, 258, 259, 300 oraz Web of Spider-Man nr 1, z czego tylko TASM nr 300 stworzony jest przez duet Michelinie & McFarlane.
Historia ta zapełnia więc tylko 40 stron z niemal 200-stronicowej cegły, a polscy czytelnicy znają ją już z zeszytowego wydania TM-Semic. Nie jest to jednak numer 1/1992 z identyczną grafiką jak na okładce WKKM 5:
Polski The Amazing-Spider-Man 1/992, wydany przez TM-Semic zawiera opowieść z oryginalnych numerów 315 i 316, zresztą bardzo zgrabną i prezentującą coraz bardziej rozhulaną kreskę Todda McFarlane'a. Natomiast historia, którą zaprezentuje w styczniu Hachette zagościła w tm-semicowskim numerze 4/1991 z właściwą dla tego numeru okładką:
Szkoda, że nie będzie okazji poczytać historii Michelinie i McFarlanea. A już ucieszyłem się taką sposobnością, z nadzieją na jakąś pełniejszą prezentację niż za czasów TM-Semic (krojenie było wówczas swego rodzaju regułą - choć przyzanć dziś trzeba, że krojenie na miarę). Szkoda tym bardziej, że wprowadzani jesteśmy w błąd przez okładkę. Plusem całego zajścia jest fakt, że większość zaprezentowanego w piątym tomie WKKM materiału będzie premierą w naszym kraju. Przynajmniej z tego, co pamiętam - komentarze w tej sprawie mile widziane :)
piątek, 7 grudnia 2012
One istnieją naprawdę...
Może pamiętacie planszę ze STRACHAMI, którą wrzuciłem jakiś czas temu na bloga - jeśli nie, TU można pamięć odświeżyć (czy też zapoznać się z shortem). Otóż chciałem oznajmić, że bohaterowie tego komiksu istnieją naprawdę, nie w metaforze, przenośni a tym bardziej nie tylko w wyobraźni autora (ani w chorobie). Być może spodziewacie się, że powinienem w tym momencie przerwać, bo jest godzina obchodów w szpitalach (8:30), na oddziałach psychiatrii również (chyba!), i zażyć leki. - Panie doktorze, momencik, udowodnijmy tym niedowiarkom, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda (a Elvis żyje, i Michael też!).
Cóż widocznie wstałem dziś zbyt wcześnie... w każdym razie spójrzcie na grafy i fotki poniżej.
Swego czasu (jakoś w trakcie liceum) miałem fazę na robienie dziwnych ludzików z modeliny. Miałem nawet pomysł na sprzedaż tego rękodzieła (oraz pocornu!!! robionego u cioci w garnku) na przydrożnym jarmarku. Do dziś część z nich się zachowała, i w pewnym momencie mego życia stała się inspiracją dla komiksowych postaci - co widać na załączonych obrazkach.
Mam też coś dla fanów amerykańskich superherosów - najprawdziwszy z prawdziwych pierścień Zielonej Latarni. Teraz możecie zaakceptować fakt, że wówczas, gdy widzieliście na niebie chuderlawego kolesia w zielonych rajstopach to nie był sen.
No i na koniec pierścień... eee... Pierścień Korpusu Fioletowej Czaszki.
Pierścienie są może mniej zgrabne niż ludziki, ale powstały nieco wcześniej (zapewne za czasów tm-semicowskiego Green Lanterna).
.............. takie to były czasy.
Cóż widocznie wstałem dziś zbyt wcześnie... w każdym razie spójrzcie na grafy i fotki poniżej.
Swego czasu (jakoś w trakcie liceum) miałem fazę na robienie dziwnych ludzików z modeliny. Miałem nawet pomysł na sprzedaż tego rękodzieła (oraz pocornu!!! robionego u cioci w garnku) na przydrożnym jarmarku. Do dziś część z nich się zachowała, i w pewnym momencie mego życia stała się inspiracją dla komiksowych postaci - co widać na załączonych obrazkach.
Mam też coś dla fanów amerykańskich superherosów - najprawdziwszy z prawdziwych pierścień Zielonej Latarni. Teraz możecie zaakceptować fakt, że wówczas, gdy widzieliście na niebie chuderlawego kolesia w zielonych rajstopach to nie był sen.
No i na koniec pierścień... eee... Pierścień Korpusu Fioletowej Czaszki.
Pierścienie są może mniej zgrabne niż ludziki, ale powstały nieco wcześniej (zapewne za czasów tm-semicowskiego Green Lanterna).
.............. takie to były czasy.
środa, 5 grudnia 2012
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela - reSTART!
Temat wraca - pozytywnie, szczęśliwie i oficjalnie - Hachette wystartowało z kolekcją amerykańskich komiksów i ogólnopolską reklamą. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na STRONĘ KOLEKCJI, gdzie zamówić można prenumeratę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















